Akt drugi:
Mówią, że zemsta bywa słodka. Trudno powiedzieć, jaki smak miała zemsta kucharza, którego honor nadszarpnęliśmy wybrzydzając przy česnečce. Ciecz, którą dostaliśmy na poprawkę, miała chyba ze 300 stopni i działała jak kwas solny. Nawet minimalna jej ilość w ustach skutecznie paliła język i podniebienie. Sprytnie, bo potem nie czuło się już żadnego smaku. A sama zupa też smaku nie miała - kucharz po prostu zalał zupę dodatkowym garem wrzątku. Cel osiągnął połowicznie - nie była już tak słona, ale do jedzenia i tak się nie nadawała. Ale już w tym momencie zasłużył na miano "Geniusza Zła". A ogrom swych demonicznych mocy miał ujawnić dopiero przy drugim daniu.
Danie drugie a Akt trzeci:
Zapewne do końca życia będą nas gnębić koszmary, że być może jest jeszcze jakieś miejsce na Ziemi, gdzie podadzą ostrov z gospody "Areszt". Całej nazwy nie sposób przypomnieć, ale nie w niej rzecz, lecz w genialnym (czyli w tym przypadku: genialnie Złym) zestawieniu składników, które najbardziej do siebie nie pasują. Na kopcu kiszonej kapusty spoczywał smażony wieprzowy stek, a że nasz ulubiony heros garnków i patelni uznał, iż do tego zestawu niezbędny jest słodki akcent, to umieścił na samym wierzchu brzoskwinię z syropu. "Geniusz Zła" nie byłby jednak sobą, gdyby nie postawił efektownej kropki nad "i" - całość wieńczył więc... koktajlowy parasol. Chyba nie trzeba pisać, jak to wszystko razem smakowało...
Z ulgą skończyliśmy zmagania z drugim daniem i poprosiliśmy o rachunek, choć to raczej gościom powinno się płacić u "Aresztu" za to, że odważyli się wziąć tam cokolwiek do ust. Gdy panna kelnerka z dobrodusznym uśmiechem przynosiła rachunek, nasza česnečka wciąż dymiła złowieszczo ...
Epilog:
Trudne decyzje zajmują czasem wiele czasu. Tak było i teraz, ale stało się. Po około roku postanowiliśmy wystawić na próbę nasze układy pokarmowe, by zaspokoić ciekawość, czy taki poziom usług kulinarnych da się utrzymać przez dłuższy czas. Z opresji wyratował nas tym razem rezolutny kelner, który słysząc pierwsze zamówienie (a wybieraliśmy z karty, rzecz jasna) wybałuszył oczy i spytał: "A co to jest?" Dalej postanowiliśmy nie próbować.
Kurtyna:
W "Areszcie" jest tak strasznie, że aż śmiesznie. Z powyższej (ściśle autentycznej) historyjki zaśmiewaliśmy się wiele razy przy niejednym kuflu. Spróbujcie, może i wam przytrafi się coś równie niebanalnego. I koniecznie dajcie znać autorom tej strony, jeśli "Geniusz Zła" ze swego kuchennego królestwa zostanie strącony do czeluści prawdziwego aresztu. To zaledwie po drugiej stronie ulicy ...