<<
mapa on-line
RESTAURACE AREST
ul. petřinska 20
galeria
Miejsce akcji:
Południowy kraniec praskiej Malej Strany, choć ze względu na przeżycia kulinarne ta opowieść mogłaby zacząć się tak: Bardzo dawno temu, w bardzo odległej galaktyce... Oryginalnym podejściem do sztuki kulinarnej "Areszt" naprawdę tak bardzo odbiega od większości praskich gospód.

Scenografia:
Imponujący dwupoziomowy lokal ze ścianami zawalonymi tonami gadżetów o charakterze sielsko-rustykalno-historycznym. To nagromadzenie przeróżnych elementów ma jednak sens, nawet jeżeli chomąta towarzyszą starym reklamom mydła i powidła, warkocze czosnku i cebuli wiszą nad wielkimi kolorowymi słojami pełnymi przeróżnych roślin strączkowych, a obraz XVIII-wiecznych sianokosów wisi obok portretu Najjaśniejszego Pana. W toalecie (przynajmniej męskiej) też nie sposób się nudzić studiując gabloty z podobiznami dygnitarzy zasłużonych dla państwa czechosłowackiego lub mądrości życiowe nad pisuarem: "To, co trzymacie w dłoni, nie jest takie długie jak myślicie. Zróbcie krok wprzód".

Bohaterowie dramatu:
E.(ndrju) i M.(aciaty)

DRAMAT W TRZECH AKTACH

Akt pierwszy:
Nie ulega wątpliwości, że miejsce swoim wyglądem zachęca, by spędzić w nim nieco czasu, a gdy česnečka kusi w karcie dań, to nie sposób podjąć innej decyzji niż tylko: jemy tu obiad, a następnie rozmarzyć się przy Staropramenie (10* - 18,50 Kč, 12* - 23 Kč) o nadchodzących rozkoszach podniebienia. Zamawiamy czosnkową polewkę ale odstawiamy ją po pierwszym łyku krzywiąc się niemiłosiernie. W zupie jest bulion, czosnek, majeranek i coś tam jeszcze - przede wszystkim jednak jest SÓL. Jak kucharz zdołał w małej miseczce rozpuścić miesięczny urobek kopalni w Wieliczce, pozostanie jego zagadką. Niejedną, nad którą u "Aresztu" będziemy sie głowić.
Na razie przychodzi młoda kelnerka i zdziwiona pyta czy polevka ne je chutna. Na usta ciśnie się inny wyraz na chu..., ale zdziwienie wygląda na szczere, więc E. tylko grzecznie oddaje zupę. Uczynne dziewczę bierze polevkę do kuchni, a sobie do serca - naszą reklamację, bo za chwilę wraca z przeprosinami i informacją, że kucharz zrobi nam drugą. Wyglądamy na zadowolonych... Bo jeszcze nie wiemy co nas czeka.
Akt drugi:
Mówią, że zemsta bywa słodka. Trudno powiedzieć, jaki smak miała zemsta kucharza, którego honor nadszarpnęliśmy wybrzydzając przy česnečce. Ciecz, którą dostaliśmy na poprawkę, miała chyba ze 300 stopni i działała jak kwas solny. Nawet minimalna jej ilość w ustach skutecznie paliła język i podniebienie. Sprytnie, bo potem nie czuło się już żadnego smaku. A sama zupa też smaku nie miała - kucharz po prostu zalał zupę dodatkowym garem wrzątku. Cel osiągnął połowicznie - nie była już tak słona, ale do jedzenia i tak się nie nadawała. Ale już w tym momencie zasłużył na miano "Geniusza Zła". A ogrom swych demonicznych mocy miał ujawnić dopiero przy drugim daniu.

Danie drugie a Akt trzeci:
Zapewne do końca życia będą nas gnębić koszmary, że być może jest jeszcze jakieś miejsce na Ziemi, gdzie podadzą ostrov z gospody "Areszt". Całej nazwy nie sposób przypomnieć, ale nie w niej rzecz, lecz w genialnym (czyli w tym przypadku: genialnie Złym) zestawieniu składników, które najbardziej do siebie nie pasują. Na kopcu kiszonej kapusty spoczywał smażony wieprzowy stek, a że nasz ulubiony heros garnków i patelni uznał, iż do tego zestawu niezbędny jest słodki akcent, to umieścił na samym wierzchu brzoskwinię z syropu. "Geniusz Zła" nie byłby jednak sobą, gdyby nie postawił efektownej kropki nad "i" - całość wieńczył więc... koktajlowy parasol. Chyba nie trzeba pisać, jak to wszystko razem smakowało...
Z ulgą skończyliśmy zmagania z drugim daniem i poprosiliśmy o rachunek, choć to raczej gościom powinno się płacić u "Aresztu" za to, że odważyli się wziąć tam cokolwiek do ust. Gdy panna kelnerka z dobrodusznym uśmiechem przynosiła rachunek, nasza česnečka wciąż dymiła złowieszczo ...

Epilog:
Trudne decyzje zajmują czasem wiele czasu. Tak było i teraz, ale stało się. Po około roku postanowiliśmy wystawić na próbę nasze układy pokarmowe, by zaspokoić ciekawość, czy taki poziom usług kulinarnych da się utrzymać przez dłuższy czas. Z opresji wyratował nas tym razem rezolutny kelner, który słysząc pierwsze zamówienie (a wybieraliśmy z karty, rzecz jasna) wybałuszył oczy i spytał: "A co to jest?" Dalej postanowiliśmy nie próbować.

Kurtyna:
W "Areszcie" jest tak strasznie, że aż śmiesznie. Z powyższej (ściśle autentycznej) historyjki zaśmiewaliśmy się wiele razy przy niejednym kuflu. Spróbujcie, może i wam przytrafi się coś równie niebanalnego. I koniecznie dajcie znać autorom tej strony, jeśli "Geniusz Zła" ze swego kuchennego królestwa zostanie strącony do czeluści prawdziwego aresztu. To zaledwie po drugiej stronie ulicy ...