HRABALOWI cz. IV

BRNO

Zabrnęliśmy aż tutaj. Właściwie powinien być to pierwszy rozdział opowieści o wedrówce śladami Hrabala, ale czasem trudno o zachowanie chronologii. Brno robi dość nieciekawe wrażenie. Pozbawione jest praskiej lekkości. Pełno tu niekończących się blokowisk i ogromnych fabryk. Żidenice to dzielnica położona na północnym wschodzie miasta. Raczej peryferyjna. Wiedzieliśmy, że ulica nazywa się Balbinowa. Położona jest w pobliżu wschodniej obwodnicy miasta. Trafiliśmy bez większych problemów. Nie wiedzieliśmy tylko, o który konkretnie dom chodzi. Pospieszne smsy od zgłębionych w internecie przyjaciół z Polski wskazywały na dom numer 53 albo 47.

Obydwa znajdują się pod sam koniec ciagnącej sie pod górę ulicy. Przed domem powinna być pompa, ale po tylu latach pewnie wszystko sie zmieniło. Pompy rzeczywiście nie było, a odrobinę chłodu zapewniła wielka polewaczka obficie lejąc wodę na bardzo rozgrzany tego dnia asfalt. Dom numer 53 jest ostanim w szeregu . Dalej jest cmentarz. Czyżby to było tutaj? Na fasadzie dość sfatygowanego domku nie było jednak oczekiwanej tablicy z informacją, że urodził sie w nim czeski pisarz JUDr. Hrabal. Pewnie uznali ten fakt za mało istotny. Myliliśmy się jednak. Kawałeczek dalej wśród drzew zobaczyliśmy mały postument. Jednak to co tu zdarzyło się 28.03.1914 było ważne.

Informacja umieszczona na pamiątkowej płycie rozwiewała wszelkie wątpliwości. Pisarz urodził się w domu oznaczonym numerem 47. Dom stanowił własność dziadków Katarzyny i Tomasza Kilianów. Gdy pod koniec 19 wieku zamieszkali przy ulicy Balbinowej babcia pisarza miała tylko budzik, a dziadek półlitrowy dzbanek na piwo.

Mały Bohumil Frantisek nosił przez blisko trzy lata nazwisko panieńskie swej matki Marii Kilianowej. Matka wyjechała z Brna zaraz po urodzeniu dziecka. Podobno po to, by uniknąc złośliwych uwag otoczenia. Bohumil był dzieckiem nieślubnym, a kto tak naprawdę był jego ojcem - niewiadomo. Dziecko wychowywali przez pierwsze trzy lata dziadkowie.

Dom chyba zupełnie niedawno został odremontowany. Nie ma na nim numeru. Niewiadomo, czy zachowało się cokolwiek z czasów, kiedy mieszkał tu pisarz. Na zapleczu domu był ogród. w ogrodzie była altanka porośnięta bluszczem. W tej altance w czasie wakacji jadał z dziadkami obiady. Na ścianie altanki wisiała fotografia Wagnera. Pokoik małego Bohusza był od strony ogrodu. Były w nim wielkie asparagusy i stół pokryty pluszem, z ksiażką oprawioną w aksamit ze złotą klamrą - albumem rodzinnym do którego bał się zajrzeć. Z okien prowadzących na ulice trzy cztery razy w tygodniu można było oglądać orszak pogrzebowy kroczący powoli w stronę nieodległego cmentarza.

Tuż nad ziemią na wysokości pozwalającej załatwić się na nią każdemu psu jest rzeźba pamiatkowa. Alegoria początku życia, które nieuchronnie zmierza do końca

"Otóż tam, gdzie się urodziłem, gdzie przeżyłem pierwsze trzy lata, gdzie wracałem na każde wakacje, więc tam , gdzie chodziłem do pierwszej klasy gimnazjum, tam żyłem ulicą ulica była dla mnie wszystkim , byłem pod wielkim wrażeniem pogrzebów, żołnierzy maszerujących na plac ćwiczeń robotników z Liszni, wzuwających buty przy pompie, tam gdzie mieszkałem całkiem jak inni, gdzie moja babcia była fabryczną robotnicą w przędzalni , a dziadek krajaczem materiałów w firmie Heinrich Pisko, tam gdzie wszyscy chłopcy uważali mnie za swojego, gdzie byłem Kilianów Bohusem, jakbym należał do babci , tam podlegałem regułom ulicy, utożsamiałem się z nią" Hrabal - "Pamiętam jedynie dni słoneczne"
<<