Hrabal
zrobił się
ostatnio w Polsce modny. A może bardzo modny albo, co najbardziej
oddaje istotę rzeczy - kultowy, cokolwiek by to znaczyło. Mistrz
krytych kortów nie pasuje zbytnio do wizerunku pokoleniowego pisarza.
Kochał gospody pachnące rozlanym piwem, gdzie obrusy były całe w
plamach z rozlanej kawy i napojów alkoholowych, a pisuary w pierwszej
chwili budziły wstręt, ale miały tak wymyślnie przerdzewiałe rurki i
tak piękne wodospady stwardniałego dziegciu ozdobionego kanarkową
żółcią plam moczu. Można było zajrzeć do rowka pełnego zapałek i
niedopałków przystrojonych kuleczkami dezynfekcyjnymi i plasterkami
cytryny. Krótko mówiąc - swój człowiek.
Nie dane nam było poznać go osobiście, ale może i dobrze. Pewnie
potraktowałby nas jak kolejnych natrętów wchodzącego bez istotnej
przyczyny na nie swoje terytorium.
Wędrujemy z przyjaciółmi jego śladami i próbujmy uwiecznić to, co
zostało. Mamy wrażenie, że Czesi ciągle nie cenią szczególnie swego
poety. Niektóre miejsca, opisywane w jego książkach nadal istnieją, ale
trudno odnaleźć w nich jakiekolwiek wspomnienie o pisarzu. Tam gdzie
bywał kelnerzy nie bardzo dziś wiedzą kto to taki. Pamięć o nim trwa
jedynie u Zlateho Tigra.
W ostatnich latach troszkę się jednak zmieniło. Tam gdzie był jego dom
Na Grobli Wieczności pięknie wymalowano mury metra przyozdabiając je
wizerunkiem pisarza, jego ukochanych kotów i maszyny do pisania firmy
Perkeo. Wielki plac przy stacji Palmowka nazwano jego imieniem, a w
miejscu gdzie kiedyś była gospoda U Hausmanów wmurowano granitowy
zakladni kamen pod centrum imienia Bohumila Hrabala.
Spróbowaliśmy opisać to, co jeszcze jest. Nieocenionym źródłem wiedzy
są oczywiście książki Hrabala. Ich dociekliwa lektura pozwoliła
opracować ten malutki i chyba dość unikalny przewodnik.
Liczymy na pomoc internautów i ich uwagi o ewentualnych
błędach. Bezcenne byłyby stare zdjęcia miejsc, o których będziemy
pisać. Informacje nie są łatwo dostępne bo ciągle jeszcze (chyba: na
szczęście) jego nazwisko nie łączy się z turystycznym biznesem, choć w
miarę upływu czasu pewnie stanie się łatwo sprzedającą się ikoną w
stylu Kafki. Na razie jednak wszystko jest prawdziwe.
* * *
Z oczywistych powodów wędrówkę śladami pisarza najlepiej zacząć od
Libni. Tu żył przez ponad dwadzieścia trzy lata. Nasza pierwsza
wędrówka miała miejsce w lutym 2002 roku. Dokładnie 2 i 3 dnia miesiąca
. To dość szczególne daty w życiu Hrabala, o czym zresztą, z pewnym
zdumieniem, dowiedzieliśmy się tuż po odwiedzinach szpitala na Bulovce.
Tyle razy planowaliśmy tą wędrówkę. Pozwolone nam było odbyć ją
dokładnie w przeddzień i dzień piątej rocznicy śmierci pisarza.
Myślimy, że tak właśnie było to zapisane w gwiazdach... Później
zwiedzaliśmy ją jeszcze wiele razy. Libeń stała się jedną z naszych
ulubionych praskich dzielnic.
Czy czytali Państwo "Czułego Barbarzyńcę" albo "Wesela w domu"?
Oczywiście najlepiej jest czytać tę książki w jednej z libeńskich
gospód przy kufelku czeskiego piwa. Od razu pojawia się nieodparta
ochota by zobaczyć na własne oczy te wszystkie magiczne miejsca, tak
bardzo związane z bohaterami tych opowieści. Opowieści w szczególności
o jednym z przyjaciół Bogumiła Hrabala, a tak naprawdę, o życiu, które
było, przeminęło i ślad po nim w materialnym świecie zatarł się. Nie ma
już Hrabala, nie ma już Vladimira Boudnika.
Pan Aleksander Kaczorowski w posłowiu do "Czułego Barbarzyńcy" napisał,
ze większość tych miejsc nie istnieje. Ale nie do końca miał rację. Większość
tych miejsc ma się zupełnie dobrze. Do niektórych udało się trafić choć
dziś pełnią już zupełnie inna rolę niż kiedyś. Ciągle wierzymy, że
jeszcze wszystkiego nie odnaleźliśmy.
Jak tu trafić? Nic prostszego - trzeba dojechać metrem linii B na
stację o nazwie Palmowka
Palmowka to stacja metra, jakich wiele. Tworzona w poprzedniej epoce,
miała pokazywać Czechom i światu, że w gruncie rzeczy jest postęp, i
można być zadowolonym. Granity, beton, stal, szkło i potężne przeciągi.
Północne wyjście z metra znajduje się dokładnie tam, gdzie rozgrywały
się najbardziej istotne fragmenty życia kilku ważnych, i całego mnóstwa
zupełnie nieważnych, osób. Tam gdzie kiedyś stał dom, którego gospodarz
zostawiał w dzień i w nocy otwarte okna i drzwi, żeby każdy, kto go
lubi, mógł przyjść do niego do pokoju,
który był publiczny jak piwiarnia i gdzie czasem spało nawet pięć czy
sześć osób. Było tu miejsce dla poetów, muzyków, filozofów i wszystkich
życzliwych z całej okolicy. Tu szykowano pieczeń wieprzową na kminku i
popijano ją królewskim czeskim piwem. Tu odbywały się "wesela w domu" i
niekończące się dyskusje o tym, co najbardziej istotne.
Na Libni, na Grobli (Wieczności) pod numerem 24 na tyłach kamienicy
gdzie Hrabal mieszkał z Boudnikiem, był kiedyś warsztat kowalski. Nie
dochodziło tam słońce. Oficynę dobudowano podobno z konieczności.
Zbudowana z marglowych murów zimą wydawała się ciepła i mroziła swym
chłodem latem. Dziś, wieczorami, tuż przy wyjściu z metra, zbierają się
ci najbardziej wrażliwi, których życie niełaskawe rzuciło na pogardzany
przez ogół margines. Nie wiemy czy kiedykolwiek słyszeli o Hrabalu,
Boudniku, Bondym i Marysku i czy wiedzą o tym, że śpią w miejscu już na
zawsze magicznym. Tak naprawdę nie wiemy, czy w ogóle tu nocują, czy
tylko spędzają kilka ostatnich chwil wieczoru przed zamknięciem metra,
ciesząc się możliwością bycia z kimś. Dobrze im z oczu patrzy i
zdecydowanie bardziej pasują tu niż my wszyscy, tak pozornie wygładzeni
i ułożeni. Okolica stacji metra raczej nie wzbudza zaufania. Wszędzie
brudno i byle jak. Nie zamieszkuje tu praska elita i dlatego nikt nie
dba o szczegóły.
Centralny plac przy ulicy Na Żertwach nazwano imieniem Bohumila
Hrabala. Plac jest tak bardzo zaniedbany, że pasuje atmosferą do
książek Hrabala. Może właśnie, dlatego utrzymywany jest w tym stanie?
Teraz plac jest odgrodzony i rozkopany bo znów rozbudowywane jest
metro. Na Grobli Wieczności jest jednak coś szczególnego. Ĺadnie to
Czesi zrobili. Żadnych pretensjonalnych pomników i tablic pamiątkowych.
Na okropnym betonowym murze jest coś żywego. Jakby współczesne
graffiti. Koty, fragmenty prozy, wielka maszyna do pisania, wizerunek
pisarza i małe fragmenty świata, którego nie ma. Ciekawe, czy drzwi i
okna powieszone na murze są oryginalne? Tak naprawdę jest to bez
znaczenia, ale gdzieś w głębi bardzo byśmy tego chcieli. Jeszcze rzut oka na
tabliczke w chodniku.
NA
TOM MISTE
NA HRAZI (VEČNOSTI) C 24
żil v 50-70 letech 20 stol.
spisovatel BOH. HRABAL
Zaraz
za rogiem jest boczna uliczka, która nazywa się Ludmilina. Znajdował
się tu otoczony parkanem ogród, w którym była ogródkowa restauracja,
sześć starych kasztanów, pod murem zrujnowana dawna kręgielnia, a dalej
dom, na którym widniał napis " U Hausmanów". Był tam niski murek,
chropowaty i mieniący się w słońcu"
Nie szukajcie już gospody "U Hausmannów". Nie istnieje. Na jej miejscu,
na niewielkim obmurowanym wzniesieniu stoi teraz niepozorny kamień -
"Zakladni kamen centrum Bohumila Hrabala". Pozostała pamięć o panu
karczmarzu Vaniszcie i panu malarzu Nejedlo. Ten ostatni cierpiał na
strangulację, okropnie lubił pić i wieszał się raz na kwartał na
klamce, kiedy jego żona wchodziła na ganek. Malarz miał piękne piwne
oczy, jak sarna i cenił swoich sąsiadów poetów.
Kochali to miejsce i czuli się w nim jak w domu. Było swojsko i co
ważne blisko do Hausmannów. Gospoda była tuż za rogiem. Chodzili tam w
kapciach albo w bamboszach. Szynkarz Vaniszta spoczywający dziś na
cmentarzu libańskim przeszedł dzięki nim do historii. Kupowali tu piwo
wiadrami, a kiedy się kończyło późną nocą tłukli pięściami w drzwi i
stukali w szyby cynowymi wiaderkami.
"Hej, chluby narodu przyszły się napić, a ty się tam lenisz?".
"Pocałujcie mnie panowie w dupę" wołał wściekły Vaniszta, a potem
otwierał im drzwi i po chwili z uśmiechem spełniał ich zachcianki. Dziś
musieliby chodzić do oddalonej o kilkaset metrów Jaguszki
albo Na Rokytkę. Ulica Ludmilina zaczyna się opuszczoną synagogą, potem
jest wysoka kamienica, która chyba pamięta Hrabala i supermarket. Ulica
jest wyłączona z ruchu i z życia. Oczywiście jest również betonowy
wysoki na trzy metry mur. Znak naszych czasów?
Synagoga libeńska do niedawna była zamknięta na głucho. Na szczęście to
już historia. Teraz można do niej w ciągu dnia wejść. Wewnątrz
organizowane są wystawy, za obejrzenie których płaci się co łaska.
Oczywiście z ogromną radością weszliśmy do środka. Co ma wspólnego
żydowska synagoga z Hrabalem? Ano ma, o czym przekonać Was może cytat z
książki "Wesela w domu" w pięknym tłumaczeniu Piotra Godlewskiego.
"Mój mąż dostał od brygadiera sceny polecenie żeby z brygadą
zlikwidowali w kościółeczku jak nazywali synagogę żeby rozbili ołtarz
bo już jest tam za mało miejsca na dekoracje do komedii które zeszły z
afisza No i mój mąż z wielką chęcią przystąpił do roboty. I teraz w
kościółeczku do którego zabrał ze sobą Vladimira bo mój mąż mówił
Vladimirowi żeby przyszedł tylko popatrzeć na tę dewastację że artysta
powinien być obecny przy wszystkim również przy egzekucji. No i
czterech chłopa oskardami odrywało podium na którym stawał rabin tej
gminy żydowskiej a kiedy rozwalili podium to dobrali się do stołów i
boazerii i tak w kurzu zdzierali te liczące sobie dwieście lat
dekoracje kulisy żydowskich mszy i rytuałów rozrąbywali wszystkie te
wykonane z drewna latorośle wszystkie te inicjały obalali ozdobne
drewniane kolumny ku którym unosili wzrok wierzący żydzi.
Patrzyłam na tę pracę mojego męża który teraz zerwał wielką koronę
królewską koronę króla Dawida tę o której mówił mi że jest
najpiękniejsza ze wszystkich koron jakie kiedykolwiek widział ale teraz
zerwał tę ostatnią część żydowskiego ołtarza i gdy uniósł jak szalony
siekierę to Vladimir zawołał Doktorze stop! Doktorze stop! I mój mąż
zastygł z uniesioną siekierą a Vladimir podszedł do niego i
powiedział... Doktorze tę koronę niech pan weźmie do domu może
przyniesie panu szczęście w tym pańskim pisaniu... I mój mąż podniósł
tę koronę była taka wielka jak klatka piersiowa mojego męża wielka
korona w kolorze złotym oraz niebieskim korona która unosi się nad
dwiema drewnianym latoroślami i otarł ją rękawem i zaniósł ją
Vladimirowi a robotnicy wlokąc za sobą swoje oskardy i siekiery
wychodzili na dwór odetchnąć świeżym powietrzem a mój mąż wziął tę
koronę i obaj z Vladimrrem nieśli ją jak dziecięcą trumienkę.
Wnieśli ją do mieszkania i mój mąż natychmiast wziął siekierę i znalazł
w szopce hak i wbił ten hak nad swoim łóżkiem i potem na klęczkach
kiedy Vladimir podał mu tę ciężką koronę na klęczkach zawiesił ją na
haku i rozłożył ręce i rozpostarł ramiona i pokłonił się tej koronie."
Ciekawe czy to wszystko prawda? Hrabal potrafił w swych książkach
nieźle zmyślać. Pewnie nie uda się tego zweryfikować. Oglądając wnętrze
synagogi nie mamy wątpliwości, że ołtarz został zachowany jedynie w
części. Czy przy jego dewastacji uczestniczył Hrabal - nie wiemy.
Z ulicy Na Hrazi udaliśmy się w stronę Zenklowej. Targowisko opanowane
przez przyjaciół z dalekiej Azji pewnie wzbudziłoby zachwyt pisarza, bo
autentyczne, szczere i takie na ludzkim pocie budowane. Tam też
zauważyliśmy reklamę, która bardzo nas uradowała. A więc coś zostało.
"Horkych
Pivni Sanatorium". Kolejna praska legenda. Tu lali
smichowskie piwo, lokal huczał od rozmów i śmiechu, a zniszczone
robotnice piły pod oknem kawę z rumem. Piwo nalewał tu barman Szoler,
który w chłodne wieczory pogwizdując napełniał swoje legendarne kufle
smichowską dziesiątką dokładając do ognia w piecu Musgraves 14. Boudnik
mawiał, że stojący w kącie piec jest jak on sam" jak nikt nie dołoży do
ognia to nie grzeje".
Dziwnie to dziś wygląda. Została jedna trochę wyrwana z kontekstu
kamienica. Widzieliśmy ją pierwszy raz przed powodzią. Tu ponad wszelką
wątpliwość czas się zatrzymał. Wnętrze było typowe, ale ciepłe i
sympatyczne. Uwagę zwracały stołki barowe przy nalewaku pokryte
jasnobrązową skórą albo jej imitacją. Na ścianach zamiast lamperii była
wykładzina jak z zielonogórskiej Novity. Powieszone obrazki
przedstawiły australijskie zwierzęta. Turystów tu nie ma.
Powiedzieliśmy kelnerce, ze przyjechaliśmy z Polski. Z bezgranicznym
zdumieniem stwierdziła, że to nieprawdopodobne. "Przyjechaliście z
Polski specjalnie do Horkich?".
Potem usiedliśmy chwilę na granitowych schodkach, pamiętających chyba
wszystkie dni z życia kamienicy i obserwowaliśmy dzieci grające na
placu w klasy. Pieca już nie ma, a zamiast smichowskiej dziesiątki leją
równie dobrego gambrinusa. W porze obiadowej można cokolwiek przekąsić.
Ta część Libni została zalana przez powódź. Baliśmy się że znikną
"Żydy" i nie będzie już Piwnego Sanatorium "U horkich". Woda wznosiła
się tu prawie 2.5 metra ponad poziom ulicy. Los był jednak łaskawy.
Teraz po remoncie kamienica z gospodą wygląda troszkę inaczej. Warto tu
zajść. Aha lokal jest na ulicy Vojenovej.
Dziwacznie wygląda połączenie starej Libni z ultranowoczesną
architekturą wtłoczoną między stare kamienice. Jeden z takich nowych,
ale ciekawych budynków znajduje się w sąsiedztwie piwnego sanatorium.
Definicja architektonicznego synkretyzmu. Dawniej była to dzielnica
żydowska, której zdjęcia można znaleźć na stronie www.praha8.cz