U HROCHA
Ulica Thunowska leżąca w samym sercu Malej Strany stanowi znakomitą odskocznię od zawsze zatłoczonej i głośnej Nerudowej. Kilka metrów w bok i możemy cieszyć się ciszą i spokojem. Sama ulica jest zjawiskowo piękna. Stroma, wąska no i oczywiscie prowadzi do dwóch jakże miłych piwoszom miejsc...

Radosny wizerunek hipopotama to szyld uroczej gospody, której to jest on patronem. Wnętrze podzielone przez bramę wjazdową na dwie części wyglada tak, jakby czas zatrzymał się tuż przed pierwszą wojną swiatową. Na ścianie przy barze portret Jaśnie Pana Cesarza, w innym miejscu list gończy za wyglądającym podejrzanie osobnikiem.

Leją zawsze znakomitego Pilsnera. Zestaw oferowanych do konsumpcji dań i przekąsek skromny, ale jest tu wszystko co trzeba, aby przy okazji spożywania piwa rzucić coś na ząb. Sa sery, marynowane kiełbaski i salceson.
Polecamy tutaj gulasz z knedlikiem. Kosztuje niecałe 50 koron i smakuje nieźle. Kucharz ma sympatyczny zwyczaj krojenia swieżej cebulki na sosik. Ceny bardzo przyjazne a atmosfera więcej, dużo więcej niż wyjątkowa.

Rzadko w którym miejscu można tak szybko nawiązać kontakt z innymi biesiadnikami. Klientami lokalu są zarówno pracownicy sąsiadujacej z nim brytyjskiej ambasady, czescy parlamentarzysci z pobliskiego sejmu i senatu, jak i tak zwani zwyczajni piwosze.
thunovska 10
galeria
Kiedyś byliśmy tu przed południem podczas otwierania lokalu. Początkujący kelner zamówienie przyjął, śniadanie podał ale piwa nie kwapił się nalać. Już pomyśleliśmy, że stała się rzecz straszna i do Hrocha zawitały zwyczaje z polskich knajp. Jednak zagadka rozwiązała się po paru minutach, gdy przyszedł główny kelner: okazało się, że młodzian, który nas obsługiwał nie ma pozwolenia na celebrowanie najistotniejszego sakramentu czeskich świątyń piwa - rozlewania go do kufli. U Hrocha piwo nalewają bowiem tylko Mistrzowie.
Trudno uznać zapewne hipopotama za symbol Pragi, ale sympatyczny zwierz figurujący na emblemacie w małej uliczce schowanej za Malostranskim Namesti z powodzeniem może uchodzić za symbol dobrej praskiej gospody. To kolejna knajpa - instytucja, która mimo położenia tuż obok turystycznego szlaku, uniknęła, na szczęście, przeobrażenia czyniącego ją bardziej przyjaznym miejscem dla Niemców czy Japończyków aniżeli czeskich piwoszy.
        
Turystów "U Hrocha" wprawdzie nie brakuje, ale zetkną się tu z typowo czeską, siermiężną knajpianą rzeczywistością. Piwo pije się tutaj w dwóch osobnych salach pod pięknymi sklepieniami, najczęściej przy solidnych, grubo ciosanych drewnianych ławach, ale można też usiąść przy szerokich kamiennych parapetach pod oknami. Popiersie (?) hipopotama góruje nad wyszynkiem, a na ścianie wciąż straszy XIX-wieczny list gończy za niejakim Vaclavem Babinskym, który - jak głosi ów okrutny dokument - był "łotrem czeskim i meksykańskim".
        
Od zawsze leje się w tym miejscu pilznera, choć o upływie czasu przypomina nieuchronnie rosnąca cena (aktualnie 26 Kc). Zagryza - jednym z prostych dań z pisanej kredą wiszącej karty - tablicy. Czy to wieprzowy stek (90 Kc), czy smażony wędzony boczek (60 Kc, naprawdę da się to jeść z olbrzymią przyjemnością, choć tłuste potwornie), czy po prostu kiełbasa z rusztu (60 Kc) - wszystko jest smakowite i serwowane pieczołowicie na drewnianej desce z musztardą i świeżo startym chrzanem.
        
W obu salach gospody uwija się jedyna w swoim rodzaju ekipa barmańsko-kelnerska, której różnorodność niebanalnych fizjonomii tworzy czeski piwny ekwiwalent rodziny Adamsów. Kelnerka nosząca na twarzy ślady niełatwego dzieciństwa potrafi i surowo skarcić, gdy wśród zamówień na 10 osób pojawią się ledwie 3 piwa, i troskliwie zaproponować śliwowicę lub becherovkę, gdy ktoś skarży się na przeziębienie i pyta o aspirynę.
        
Słowem: "U Hrocha" nie uschnie się z pragnienia. nie zginie z głodu, a gdy zdrowia nie stanie, można oddać się zapobiegliwej opiece pani kelnerki. I to wszystko w jednym z najbardziej praskich z praskich knajpianych wnętrz. Czego chcieć więcej ? Niech żyją hipopotamy.
<<