U KOCOURA
nerudowa
<<
Za siedmioma domami, za siedmioma ulicami był sobie Kocur. Ta opowieść zaczyna się jak bajka, bo bajeczna była niegdyś knajpa, o której mówimy, ale czasy, gdy należała do naszych ulubionych wydają się dziś tak odległe, że niemal baśniowe.
        
Kiedyś fantastycznie położony na początku ulicy Nerudovej "Kocur" był stałym punktem na piwnym klasycznym szlaku i z każdą wizyta dostarczał mnóstwa powodów, by nie ominąć go następnym razem. Przesiadywali tu miejscowi piwosze popijając pilzneńskiego Pilznera i zagryzając którymś z przebogatej oferty serów. Zagraniczni turyści, którzy też tu wpadali schodząc z Hradczan, stanowili interesujące uzupełnianie klienteli i świadectwo światowej klasy tego miejsca, w którym zgodnie obok siebie - jak nakazuje najlepsza czeska piwiarniana tradycja - czas spędzali wielcy i zwyczajni tego świata.
        
Legenda (?) głosi, że prezydent Vaclav Havel zaprosił tu na piwo Lecha Wałęsę (też podówczas prezydenta), lecz swobodną rozmowę i takież delektowanie się Pilznerem uniemożliwiła im wataha szkockich kibiców piłkarskich, która tego dnia zjawiła się w Pradze, by dopingować swoją drużynę.
        
Po nowej rzeczywistości politycznej, której symbolami stali się m.in. dwaj wyżej wymienieni dżentelmeni, przyszła nowa rzeczywistość ekonomiczna z jej wolnym rynkiem, logistyką i marketingowymi biznesplanami. Gdy menedżerowie postanowili zmienić target, ofiarą nowych porządków z przeraźliwym miaukotem padł też nieszczęsny "Kocur".
        
Pół biedy, że pilznera zamieniono na Budvara - wszak oba trunki są zacne. Gorzej, że zdarzało się, iż piwo z Budziejowic podawano tu podłe w smaku (!). Równie karygodnie zachowywała się obsługa, na którą trzeba było czekać w nieskończoność i która oszukiwała przy rachunku. Kelnerzy stracili zainteresowanie gośćmi, przed którymi nie leżał przewodnik po Pradze w którymś z popularnych języków świata. Ignorowani piwosze stracili zainteresowanie knajpą. W końcu brama "Kocura" - a to więcej niż drzwi, bodaj najpiękniejsze wejście do gospody w całej Pradze! - zatrzasnęła się za nami bezpowrotnie.
        
Wizyta po latach budzi raczej sentymenty niż zachwyty nad dzisiejszym stanem rzeczy. Znów siedzimy wprawdzie w niebywale pięknych wnętrzach w jednej z trzech sal tworzących jeden ciąg wznoszący się wraz z poziomem sąsiadującej ulicy. Znów podziwiamy pamiętające dawne wieki sklepienia i framugi i na szczęście nikomu nie przyszło do głowy, żeby to zmieniać. Znów piwo jest tu przednie, a do przekąszenia sporo serów i specjałów czeskiej kuchni. Kelnerzy tym razem działają bez zarzutu, a większość klienteli stanowią Czesi.
        
Mimo tych ewidentnych plusów rzut oka na jidelny listek
tłumaczony na kilka języków (w tym polski), a także towarzyszące każdej potrawie ceny w euro i informacja, że można płacić w tej walucie, nie pozostawia wątpliwości, jakby powiedział Bogusław Linda, dla kogo "Kocur" teraz miauczy. Kuriozalny jest widok gościa, który wypisuje z karty dań i wręcza kelnerowi błędy w tłumaczeniu na niemiecki. Czy coś takiego byłoby możliwe w porządnej czeskiej gospodzie!?
        
Fakt, chyba każdego turystę z Unii Europejskiej znęci piwo za 93 centy. Pozostaje jednak wielki żal, że "Kocur" wciąż wydaje dziś nieśmiałe pomruki dawnej świetności. Bo przecież jego głos powinien roznosić się nad
Malostranskim Namesti niczym ryk "Złotego Tygrysa", z którym kiedyś śmiało mógł stawać w szranki.