Choć skrajny konserwatyzm jest nam światopoglądowo raczej obcy, nie ulega wątpliwości, że są w Pradze miejsca, których choćby próba zmian powinna podlegać karom dotkliwym i surowym. Należy do nich hrabalowska Libeń. Cóż jednak, skoro czeskie prawo ciągle jeszcze nie przewiduje wtrącania do lochów więzienia na Pankracu menedżerów decydujących o "unowocześnianiu" starych tradycyjnych gospód. W tej sytuacji trzeba się pogodzić ze smutnym faktem, że w lokalach, do których Hrabal chodził, które opisywał lub w których po prostu czuć jego ducha, dziś mieszczą się restauracje serwujące karmę włoską lub chińską.

Na szczęście ostał się "Merkur". Duch dziś w nim wprawdzie bardziej sportowy niż literacki, ale to nie szkodzi, bo sport w takim wydaniu to czysta przyjemność. Bluzy i plakaty piłkarzy i hokeistów na ścianach, telewizor z transmisjami pod sufitem i poczesne miejsce dla kolekcji dyplomów amatorskiej formacji hokejowej "Prosek Stars" z pobliskiej dzielnicy. Po klienteli też widać, że o sporcie woli rozprawiać niż go uprawiać.


Sezon w pełni, więc obsługa i kucharz też utrzymują dobrą formę. Kelnera warto zapytać o miejsce nawet, gdy na wolnych stołach znajdziemy napis "reserve". Gdy weszliśmy okazało się, że większość miejsc jest zajęta, a na pozostałych była rezerwacja. Jednak nasz nieodparty urok albo zapytanie czy mimo póznej pory podają jedzenie spowodowało, że kelner oświadczył, iż rezerwacja przy jednym ze stołów czekała specjalnie dla nas. W ekspresowym tempie pojawił się Gambrinus (17 Kč) i jidelne listki.

Kucharz pracuje do pózna, więc nawet po 21.00 można zamawiać tu jedzenie. Czy to pomysłowe mniejsze przekąski (naleśnik z szynką i serem niva, pieróg z ciasta francuskiego z farszem ze szpinaku i łososia za nieco ponad 50 Kč) czy też "pełnowymiarowe" dania (czeska klasyka i wariacje na temat w porze wieczornej od 100 Kč.) - jeść dają smacznie i w porcjach XXL, o czym świadczy fakt, że přiloha podawana jest na drugim talerzu. Dla mięsożerców godny polecenia stek w kolorowym pieprzu , nawet jeżeli jest przesolony nie da się tego zauważyć z uwagi na obfitość pieprznej przyprawy.

Jeśli ktoś pamięta "Zbyt głośną samotność" Mistrza - Slalom Gigant po Libni skończyć można jedynie po bramce u Doudów i pod Merkurym, a pózniej finisz u Horkich. W naszym wypadku, skończyło się na Merkurym. Cóż, trochę nam jeszcze do Mistrza brakuje...
galeria
RESTAURACE MERKUR
ul. heydukova 2
<<
mapa on-line