Różni bywają prascy kelnerzy. Cudownie, gdy posiadają jakiś osobliwy rys charakteru (choć i osobliwy rys fizjonomii też ma swoje zalety - patrz: U Hrocha). Taki kelner na długo pozostaje nam w pamięci. I tym przyjemniej zachodzić do gospody, w której króluje ktoś z charakterem. Lubimy więc kelnerów dziwacznych, kelnerów apodyktycznych, kelnerów przestraszonych lub kelnerów-filozofów.
Ostatnio, do galerii naszych kelnerskich gwiazd dołączył wieloletni pracownik niniejszej restauracji. Tak bardzo bowiem dba o samopoczucie swych gości, że dosiada się do każdego obsługiwanego stolika. Gdy zrobi już rundę wokół wszystkich zajętych ław i porozmawia ze wszystkimi gośćmi, wówczas na chwilę przysiada przy okienku wydającym piwo. Natychmiastowo pojawia się tam ręka wydająca trunek, a on sam wdaje się w rozmowę z posiadaczem owej ręki.
Gdy przyszła nasza kolej, kelner z rozrzewnieniem wspominał Stare Dobre czasy. Czasy, gdy okoliczne fabryki pracowały pełną parą od samego rana. "Wówczas to miewałem pierwszych klientów od wpół do siódmej' - rozmarzył się nasz kelner. W starych, dobrych czasach przybytek nazywał się "Hotel Bratislava" i był wielce popularny wśród okolicznych piwoszy.
Faktycznie. Tym razem sala zapełniona była jedynie w jednej trzeciej. Jednak część gości tej wyjątkowo prosto urządzonej knajpki stanowili młodzi ludzie w wieku okołostudenckim. Nie przyszli tu ze snobizmu, ot, wpadli na kilka kufli Gambrinusa i rozmowę o życiu. Więc i nowe czasy nie są takie złe. Tym bardziej, że knajpka przetrwała niezmieniona. A w knajpce tak arcypraski kelner.