No to jesteśmy "U Prasivky" - holeszowickiej instytucji, gdzie nawet nazwa knajpy może być pretekstem do rozmowy. A o tym, że tych pretekstów nie brakuje, świadczy ów uroczy, charakterystyczny gwar, który na każdego piwnego podróżnika działa jak magnes. Gospoda zaludnia się już popołudniami, pewnie dlatego, że czynna jest tylko do 21.30. W ciepłe dni szklanicami z Klašterem zastawione są też śmietnikowe pojemniki przed wejściem.
Klienci bowiem (na oko wszyscy znajomi, nie mieszkający dalej niż 100 metrów od lokalu) nie są zbyt wybredni - jak zabraknie miejsca w głównej sali przy wysłużonych stołach, to mogą pogadać i wypić piwo przy barze, półeczkach przy ścianach w małej sali przy wejściu albo brudnozielonej framudze z proporczykiem "kolektiv brigade socjalisticke prace". Brygada z "Prasivki" kolektywnie oddaje się ulubionemu zajęciu - sączeniu złocistego nektaru z Mnichova Hradiste (16,50 Kc, bywa też kvasnicovy Klašter!) - bez rozpraszania się - na tablicy widnieją wprawdzie proste zakąski, ale nikt tu nic nie je. Co najwyżej utnie sobie z przyjaciółmi partyjkę skata.
Żywot sztamgastom upływa tu w nieco baśniowej poświacie: bladożółte światło sączy się przez takież szyby z wytłaczanego szkła i odbija od seledynowo-zielonych kafli na podłodze, przez wielkie lustro na przeciwko wejścia i tak niewiele widać, bo wszystko spowijają kłęby gęstego, papierosowego dymu.
"U Prasivky" jest siermiężnie do bólu, "U Prasivky" jest magicznie, "U Prasivky" jest tak prawdziwie i po czesku, by nie rzec - hrabalowsku. Nietrudno się tu zasiedzieć, choćby i na amen. Co pewnie już nieraz się zdarzyło. Stali bywalcy, którym zdrowia nie stało, mają czasem na ścianach swoje ... nekrologi.
aktualizacja: czerwiec 2006