Wprost z Nerudowej po kilkunastu schodkach w dół i wchodzimy do mrocznych izb U Sedmi Švábu. Wita nas wnętrze rycerskiej knajpy przenoszące nas, jak się później dowiemy z karty, do roku 1493. Mrok izby rozjaśniają światła świec. W kominku buzuje ogień, najczęściej cichutko sączy się celtycka muzyka...
Zbroja nieznanego rycerza, romantyczny, wielki świecznik, drewniane stoły i ławy, na nich zawsze misa ze smażonym grochem do zgryzienia przy pucharze Krušovic za 25 Kč. Panie zadowoli z pewnością tzw. Radler - mieszane po połowie piwo ze Spritem (mały powiew współczesności, ale panie czasem nam towarzyszące już tak mają). Dla panów miłym dla oka wystrojem jest zawieszony wokół chmiel.
Niebywałe doznania daje studiowanie stylowej karty dań. Przegryzanie się przez zawiłości czeskiej mowy i odszyfrowanie tego, co zamawiamy, okraszane jest starą mową sąsiadów z południa.
Wystarczy zejść do piwnicznej sali, by znaleźć się w lochach wzbudzających poczucie bezpieczeństwa, jako że wszyscy niegodni lokalu, głowy swe na pieńku katowskim postradać mogą. Gospoda, do której można zaprosić teściową. Oczywiście tylko wówczas, gdy będziemy chcieli pokazać, że z nas zięć nie lada.