Nie wiemy jak wyglądają piwiarnie w Beninie, Gabonie, czy w Burkina Faso. Jeśli są, to pewnie nie
wiele różnią się od tej, w której spędziliśmy kilka chwil zagłębiając się w urodę Vysoczan.
Wyobraźcie sobie leniwe sobotnie przedpołudnie. Pogoda dopisuje, więc wszyscy, którzy nie mogą
opuścić miasta próbują rozruszać swe zastane po zimie kości na świeżym powietrzu. Faceci oczywiście
chcą pograć w piłkę Skoro tak, to potrzebna jest gospoda. Najlepiej tuż przy
boisku, żeby chłopaki nie mieli za daleko. Ktoś kto miał "napad" i wybudował z płyt paździerzowych i
wszystkiego co było akurat pod ręką opisywaną gospódkę miał dobry "napad"
Ta specyficzna kategoria gospód przyboiskowych cieszy się w naszych oczach sporym uznaniem.
To miejsca, w których zawsze dzieją się rzeczy gdzie indziej nie spotykane.
Gospoda do której trafiliśmy zdawała się być mieszaniną warsztatu ślusarskiego, wiejskiej
szopy ,wystawy klubowej, na której eksponuje się puchary proporce i flagi , domowej kuchni z
gotującym się na naszych oczach gulaszem i w końcu knajpy, w której serwuje się piwko. A wszystko
świetnie ze sobą współgra. Dodajemy jeszcze szczyptę typowego dla Czechów luzu i niech schowają się
kofiszopy Amsterdamu.