Nie wiemy jak wyglądają piwiarnie w Beninie, Gabonie, czy w Burkina Faso. Jeśli są, to pewnie nie wiele różnią się od tej, w której spędziliśmy kilka chwil zagłębiając się w urodę Vysoczan.

Wyobraźcie sobie leniwe sobotnie przedpołudnie. Pogoda dopisuje, więc wszyscy, którzy nie mogą opuścić miasta próbują rozruszać swe zastane po zimie kości na świeżym powietrzu. Faceci oczywiście chcą pograć w piłkę Skoro tak, to potrzebna jest gospoda. Najlepiej tuż przy boisku, żeby chłopaki nie mieli za daleko. Ktoś kto miał "napad" i wybudował z płyt paździerzowych i wszystkiego co było akurat pod ręką opisywaną gospódkę miał dobry "napad" Ta specyficzna kategoria gospód przyboiskowych cieszy się w naszych oczach sporym uznaniem. To miejsca, w których zawsze dzieją się rzeczy gdzie indziej nie spotykane.

Gospoda do której trafiliśmy zdawała się być mieszaniną warsztatu ślusarskiego, wiejskiej szopy ,wystawy klubowej, na której eksponuje się puchary proporce i flagi , domowej kuchni z gotującym się na naszych oczach gulaszem i w końcu knajpy, w której serwuje się piwko. A wszystko świetnie ze sobą współgra. Dodajemy jeszcze szczyptę typowego dla Czechów luzu i niech schowają się kofiszopy Amsterdamu.


Zaraz po wejściu udaliśmy się do pomieszczenia, w którym pani gospodyni nalewała piwo. Ze zdumieniem zauważyliśmy stojące łóżeczko dla dziecka. Nie było w nim małego gospodarza, ale pewnie mama albo tata przyniesie go, kiedy gospoda wypełni się gośćmi, dymem papierosowym i pysznym zapachem piwa. Gdzieś wszakże trzeba nauczyć się szacunku do narodowych obyczajów.

Nalewając Zlatopramena pani gospodyni zaproponowała nam gulasz. Pyszny - domowy, dodała. Cholera, bardzo zły los sprawił, ze byliśmy świeżo po obfitym śniadaniu i nie było już miejsca na nic więcej. Zabraliśmy nasze piwka i siedliśmy w sali, z której roztaczał się widok na boisko. Kilka chwil później jedna z pań kelnerek zakasała rękawy i wytoczyła na środek pieniek. Wyciągnęła siekierę i zaczęła rąbać drewno na podpałkę. Ustawiona w centralnym punkcie koza grzała pewnie miłośników biesiady wieczorem, kiedy słonko przestanie już świecić. Obok nas jakiś facet przy pomocy różnorakich narzędzi montował wielki stół do grilowania . Pomyśleliśmy, że jeśli za chwilę gospodyni przyprowadzi krowę i ją gdzieś w kąciku na naszych oczach wydoi, to będzie to zupełnie naturalne.

O rany, ale jazda. A wszystko to w centrum jednej z najważniejszych europejskich metropolii dokładnie w rok po wejściu do Unii.

Niech urzędasy nie ważą się nam tego zabierać. Tak ma zostać. Zaniechajcie, zostawcie takie klimaty w pokoju. W takich miejscach dzieją się przecież rzeczy najważniejsze. My tu odpoczywamy. Naprawdę nie potrzebujemy sterylnych wnętrz i wymuszonego przez zwariowane normy prawne plastikowego ładu. Wrócimy tu na pewno. Zjemy gulasz w domu robiony i napijemy się dobrego piwa wśród nieznanych nam przyjaciół.
galeria
SPORTBAR
przy stadionie sokoła vysoczany
<<