Przyciagnęło nas logo Staropramena. Już po chwili wiedzieliśmy, że trafiliśmy na gospodę dziwaczną. Wyobraźcie sobie bardzo tradycyjny lokal, utrzymany z grubsza w stylu starych praskich piwiarni, w którym króluje ostra metalowa muzyka.
Na powitanie dał się usłyszeć głosik Lemmiego z Motorhead, a potem z głośników rządzili niepodzielnie goście z Iron Maiden. Ciemne podniszczone boazerie, obrapane ławy i stoły. Na ścianach malowidła przedstawiające jakąś ostrą imprezę, gdzie piwo leje się strumieniami. Kelnerka ma tu włosy czerwone. Gość nalewający za kontuarem piwo wygląda na fana rocka gotyckiego. W jego ubiorze dominuje czerń. Nalewając piwo poklepuje po pupie czerwonowłosą kelnerkę. Obsługa wyjątkowo leniwa. Piwo przynieśliśmy sobie sami. W tej gospodzie sprzątaczki zwolnili dawno temu, a czeski sanepid tu nie bywa w obawie przed bakteriami.
Na stołach popielniczki z kilogramami petów. Specyfiką gospody są najbardziej wyeksploatowane podstawki pod piwo, jakie widzieliśmy. Dało się nawet zauważyć podkładkę nadgryzioną, z widocznymi śladami zębów. Nie świadczy to dobrze o jakości serwowanych tu potraw. Wśród mocniejszych trunków króluje drink o wdzięcznej nazwie SMRT za 65 koron. Piwo jakby dostroilo się do całości. Staropramen był wyjątkowo podły