Czech potrafi! Jak się ma domek jednorodzinny i trochę miejsca w ogródku to potrzeba już tylko chęci, by założyć gospodę. Wystarczy wykonać murowaną dobudówkę i zamiast uprawiać w niej marchewkę, zastawić stołami, przykryć drewnianą powałą, wyodrębnić bar i kuchnię i można zapraszać gości. Także do ogródka, gdzie piwa można się napić w sąsiedztwie skodovki właściciela. Tak właśnie wygląda "Święte piekło".
Właściciel najwidoczniej stara się, by między obiema częciami frapującej nazwy lokalu osiągnąć równowagę. Sporo tu więc gadżetów rustykalno-diabolicznych - skomplikowane instalacje ze słomy i słoneczników oplatają kolumny podtrzymujące powałę, na ścianach i pod sufitem fruwają różnorakie diabły z piekła rodem. Element niebiański stanowi natomiast cherubinkowaty kelner o anielskich włosach i wyglądzie mocno wyrośniętego ministranta.
Uwagę zwraca też kucharz w przepisowej białej wysokiej czapie, uwijający się w otwartej wnęce kuchennej, dlatego bez kłopotu można go obserwować przy pracy. W dodatku otwarta kuchnia sprawia, że całe pomieszczenie wypełnia się nęcącymi zapachami przeróżnych grillowanych dobrodziejstw. Choć jedzenie do najtańszych nie należy, porcje robią wrażenie więcej niż solidne.
Gambrinus to też solidny trunek (19 Kc), dlatego wizyta w "Świętym piekle" powinna być udana, choć raczej bez ekstremalnych doznań, jakie obiecuje nazwa. No ale, jeśli podają czeskie piwo, to nawet w czyśćcu potrafi być całkiem miło.
aktualizacja: czerwiec 2006