bohaterskim zdobyciem Bagdadu. Potem przeszedł do czynu prezentując nienaganną musztrę, troszkę w duchu C.K. armii. A tutejszy kelner coraz bardziej się irytując, straszył, że nie poda nam już alkoholu bo późno i niektórzy są już "uplnie hotovi".
I takie mniej więcej wspomnienia mamy z tego sztandarowego kbelskiego lokalu. Wspomnieć wypada, że 100 metrów od tej knajpki zazwyczaj nocujemy więc czujemy się na poły krajanami wieczornych gości gospody. Panuje tu trochę szorstka, wschodnioeuropejska atmosfera. Nie dogadacie się raczej po francusku, choć trochę z francuska "brzmi" tradycja nahorze bez, celebrowana tutaj w piątkowe wieczory. Kelnerka podaje piwo smichowskie oraz pilzneńskiego Gambrinusa, o którym dane nam tu bylo usłyszeć wiele cierpkich słów jako piwie marnym a rozpychającym się łokciami, zdobywając kolejne praskie przyczółki. Z tą drugą informacją nie sposób się nie zgodzić. Jednakowoż informacja pierwsza wymagałaby dłuższych studiów komparatystycznych, negocjacji i - przede wszystkim - degustacji, na które chętnie godzimy się będąc na kbelskiej ul. Mladoboleslavskiej. Choć zazwyczaj, jako goście, grzecznie zgadzamy się z opiniami naszych gospodarzy. Nawet z owym cytatem z początku tekstu też się, zasadniczo, zgodziliśmy.