Zwyczajne, można by rzec - "codzienne" drzwi do gospody nie zdradzają jej dość oryginalnego wnętrza. W tej knajpce wyczep znajduje się przy samym wejściu i stanowi wraz z niewielkim miejscem dla sztamgastów coś w rodzaju podestu, z którego obserwować można dużą salę główną - jadalnię - znajdującą się parę stopni niżej. Na niej umieszczono nieregularnie mnóstwo stolików, a fakt, że pomimo wczesnej pory prawie wszystkie są zajęte zdradza wysoki poziom tutejszej kuchni.
Gdy półgłosem komentujemy ową architekturę wnętrza, słyszymy reakcję naszego sąsiada, "No wlasńie. Oryginalńie. Brdzo tu jes oryginalńie."
Jest niemiłosiernie skacowany (popija małe piwo) ale nie może powstrzymać się by nie pogadać trochę w języku, którym - jak nas informuje - mówi połowa jego rodziny. Z przedstawicielem tejże raczył się wczoraj olbrzymią ilością bardzo wysokoprocentowych alkoholi. No i, troszkę boi się powrotu do domu.
Przez następne 10 minut, czyli zanim nie wypijemy piwa i nie pójdziemy dalej, stajemy się najbardziej tajemniczymi ludźmi na Wysoczanach. Pada co najmniej tuzin przeróżnych wyjaśnień, cóż mianowicie robimy w tej dzielnicy. Bo to, że odwiedzamy po prostu tutejsze knajpki, uznane zostaje za zabawny unik odpowiedzi. Najpewniej przygotowywujemy tu jakiś wielki, mocno nielegalny interes. A może jakieś panienki, tu rozmówca mruga do nas znacząco. Cóż, od samego początku gdy stwierdził, że lech jest doskonałym piwem wiedzieliśmy już, że nie dojdziemy z nim do wspólnych wniosków.
Wychodzimy by poszukać jeszcze paru równie doskonałych lokali a nasz interlokutor zamawia kolejnego małego Gambrinusa. I zdaje się być przekonany, że jutro lub najdalej za parę dni przeczyta o nas w gazetach. W dziale sensacji.