Przy pierwszym kontakcie z tym skądinąd sympatycznym przybytkiem można odnieść wrażenie, że przez pomyłkę weszliśmy do popielniczki. Szaro-bure, duszące opary wydobywające się z mocnych czeskich papierosów uderzają zaraz po otwarciu drzwi do przybytku. Kto jednak nie zrazi się i przebije przez chmury gryzącego dymu, ten przekona się, że mimo wszystko w środku są żywi ludzie.
I to dość życzliwi. Gdy słyszą, że przyjechaliśmy z Polski, przechwalają się, kto jak daleko w naszym kraju dojechał. Długowłosy metalowiec - do Krakowa, jego ogolony na zapałkę kumpel w skinheadowskiej kurteczce - aż do Warszawy. Pokrzykiwaniom naszych rozmówców towarzyszy intensywna kłótnia partnerów płci obojga rozgrywana przy sąsiednim stoliku, a wszystko i tak tonie w głośnym gwarze wytwarzanym przez sztamgastów z ulic i zaułków sąsiadujących z knajpą.
Nie ulega wątpliwości, że "U Zdi" to typowa aż do bólu praska knajpa. Jej wyróżnikiem są lekko rybackie gadżety: sieci, preparowane rybie głowy i skóry na ścianach. Do jedzenia ryb jednak nie ma, jest za to klasyczny zestaw z utopencem i hermelinem na czele zapisany kredą na tablicy. Plus Staropramen (15,50 Kč), którego ciemnozielone obrusy noszą liczne świadectwa niemiłosiernych cierpień zadawnych niedopałkami od papierosów. No, ale w tym lokalu inaczej być nie mogło.