W praskiej gospodzie podział jest znacznie prostszy - tu ludzie dzielą się na bogatych turystów i... wszystkich pozostałych. I tylko tak "sformatowane" są tutejsze knajpki. Zdarza się, co prawda, iz te bardziej bogobojne piwiarnie zostają czasami zaanektowane przez hordy pogan w postaci amerykańsko-rosyjsko-niemieckiego tłumu, wówczas przez chwilę panuje tam swoista schizofrenia, potem jednak górę zawsze biorą turyści. Przypadków odwrotnych (odbicie gospody z rąk turystów) nie zaobserwowaliśmy ale na szczęście owych Knajp Prawdziwych jest jeszcze w Pradze sporo.
W Polsce trudno byłoby znaleźć pub, który za swój uznaliby zarówno codzienni piwosze w starych swetrach, robotnicy wracający z pracy w swych kombinezonach, jaki i lokalni politycy w eleganckich garniturach czy lekarze w kitl... Nie, nie, też w garniturach. W Czechach, nie tylko, że wszyscy oni wejdą do tej samej knajpki, to jeszcze usiądą przy jednym stoliku zamawiając piwo i marynowaną kiełbaskę. Czeska gospoda jest przestrzenią równie publiczną, co ulica czy metro. Tutaj każdy może wstąpić i poczuć, że jest u siebie. Gdy brak wolnych stolików, nie krępujmy się do kogoś dosiąść, nie ma w tym nic niestosownego.
W "mentalności" czeskiej gospody nie istnieją też podziały na grupy wiekowe. 60-letni dziadkowie toczą tu żwawe rozmowy z 30-letnimi młokosami, a młody, początkujący kelner śmialo dosiada się na chwilę do stolika 40-letnich sztamgastów.